Szurkowski, Szozda, Królak, Lang, Piasecki, Halupczok, Kwiatkowski, Majka… Nazwisk utytułowanych kolarzy szosowych można z pamięci wymienić bardzo dużo. A ilu pamiętamy kolarzy torowych? Prawdopodobnie niewielu, chociaż lista polskich medalistów i medalistek najważniejszych światowych imprez torowych jest imponująca, a i tradycje tej odmiany kolarstwa w naszym kraju są bardzo bogate. Kolarstwo torowe tkwiło jednak przez długie lata w cieniu szosy. Dziś z niego wychodzi. Aż chce się zakrzyknąć: nareszcie!


Właściwie nie jest do końca pewne co ostatecznie spowodowało, że niezwykle popularna na początku ubiegłego stulecia dyscyplina nagle przestała się cieszyć nad Wisłą zainteresowaniem kibiców. Tym bardziej, że Polacy na torze odnosili niemałe sukcesy, na czele z olimpijskim srebrem w drużynowej jeździe na dochodzenie, zdobytym podczas igrzysk w Paryżu w 1924 roku. Z pewnością mocno zaważył na tym konflikt między zawodnikami a kolarską federacją. Nie pomogła też wojenna zawierucha, po której z dość bogatej infrastruktury torowej w większości pozostały zgliszcza. Być może przyczynił się do tego również późniejszy sukces Wyścigu Pokoju, który zawładnął masową wyobraźnią, wyciągając tłumnie kibiców na ulice, lub przykuwając na długie godziny najpierw do radioodbiorników, a później do telewizorów. Po latach intensywnego rozwoju polskie kolarstwo torowe znalazło się w cieniu.

A przecież tradycje miało niezwykle bogate i sięgające jeszcze lat 70. XIX wieku. Wtedy jeszcze pojęcie„tor” traktowano dość umownie i ścigano się niemal wszędzie,gdzie tylko dało się wytyczyć w miarę kształtny okrąg z ubitej ziemi lub szutru. Niemal każde większe miasto dysponowało takim obiektem, na którym swoich sił próbowali amatorzy ścigania, ale z czasem centrum kolarskiego życia zaczęła się stawać Warszawa. To tutaj, u podnóża skarpy na Powiślu w 1892 roku powstała siedziba Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, a obok niej 383-metrowy tor kolarski, okalający małe jeziorko, pełniące zimą rolę lodowiska.

Pierwsze sukcesy na arenie międzynarodowej

Na Dynasach tłumnie gromadzili się nie tylko miłośnicy kolarstwa, bo malowniczy staw i okoliczny park zachęcały wielu mieszkańców Warszawy do spędzania czasu na powietrzu. Gdy po I Wojnie Światowej Dynasy musiały zostać odbudowane i gdy korzystając z okazji zmieniono tor ziemny na betonowy, warszawski obiekt stał się areną, na której zaczęto regularnie bić rekordy prędkości i ścigać się coraz częściej w międzynarodowym gronie. Olimpijskie srebro z 1924 roku – dla kolarskiego świata zupełnie nieoczekiwane, zwłaszcza gdy w półfinale biało-czerwoni pokonali gospodarzy igrzysk – było między innymi wynikiem popularności dyscypliny i intensywności ścigania się na Dynasach.

Paryski sukces, osiągnięty przez drużynę, w składzie której jechali: Józef Lange, Jan Łazarski,Tomasz Stankiewicz i Tadeusz Szymczyk, miał być początkiem nowej ery w polskim kolarstwie. Na warszawskim torze, w 1925 roku zadaszonym, co czyniło go jednym z najnowocześniejszych w Europie,zaczęła coraz częściej pojawiać się europejska i światowa czołówka, kolarstwo biło rekordy popularności, a polscy kolarze sięgali po kolejne rekordy. Rok po zdobyciu srebra w Paryżu drużyna pobiła nieoficjalny rekord świata w jeździe na dochodzenie. Kilka lat później, w 1930 roku, Henryk Szamota – najpopularniejszy wówczas polski kolarz – ustanowił rekordy kraju na dystansach: 200,300, 400 i 500 metrów ze startu lotnego, z których większość przetrwała kilka dekad.

Pieniądze kością niezgody

Ale ta „nowa era” nie trwała niestety zbyt długo. Między zawodnikami a Polskim Związkiem Towarzystw Kolarskich wybuchł spór o wynagrodzenia, bez których cykliści zaczęli rezygnować ze startów, co nie do końca mieściło się w głowach kolarskich władz. Zresztą strona finansowa związku w ogóle nie należała do najmocniejszych. W 1937 roku nie przedłużono umowy dzierżawy terenu, na którym znajdował się tor, przez co jeszcze przed wybuchem wojny atrakcyjny teren stał się placem budowy budynków mieszkalnych.

Na powrót kolarstwa torowego do łask kibiców trzeba było czekać długie dziesięciolecia. Wprawdzie po wojnie nieprzerwanie funkcjonowało w Polsce kilka torów (m.in.czynny do dzisiaj tor we Wrocławiu), a na początku lat 70. wybudowano w Warszawie nowoczesny obiekt, zwany „Nowymi Dynasami”, miłośnicy jazdy po owalu nie mieli szansy cieszyć się z gromkiego dopingu kibiców, jak miało to miejsce pół wieku wcześniej. Nawet „Nowe Dynasy”, na których przez kilka lat organizowano Mistrzostwa Polski, szybko popadły w ruinę i przestały się nadawać do uprawiania sportu. Dziś są wpisane do rejestru zabytków, a o przywrócenie im pierwotnej funkcji walczy wciąż garstka miłośników ostrego koła.

Co ciekawe: mimo braku szczególnego zainteresowania ze strony kibiców, polscy kolarze co jakiś czas potrafili błysnąć na międzynarodowej imprezie. Wprawdzie na pierwszy medal po wojnie trzeba było czekać aż do 1966 roku, gdy wicemistrzem świata na kilometr ze startu zatrzymanego został Wacław Latocha, ale wówczas worek z medalami się rozpruł. W 1968 roku po olimpijski brąz w Meksyku sięgnął Janusz Kierzkowski, rok później osiągnął podobny rezultat na mistrzostwach świata, w 1973 roku poprawiając ten wynik i zakładając w San Sebastian tęczową koszulkę. Srebrny medal na igrzyskach w Monachium (1972) zdobywa na tandemie para Andrzej Bek i Benedykt Kocot, dwa lata później zajmują trzecie miejsce na mistrzostwach świata. W nieco innym układzie (Benedykt Kocot i Janusz Kotliński) polski tandem wygrywa mistrzostwa świata 1976 roku. Serię zwycięstw w latach 70. zamknął Jan Faltyn, wicemistrzostwem świata w wyścigu punktowym,wywalczonym w 1977 roku.

Lata 80. nie były już tak obfite w sukcesy, a polskie kolarstwo torowe coraz mocniej zaczynało odczuwać skutki finansowych, organizacyjnych oraz – przede wszystkim – technologicznych zaniedbań. W 1981 roku trzecie miejsce na mistrzostwach świata ponownie zdobywa tandem, tym razem w składzie Zbigniew Płatek i Ryszard Kąkolewski. Cztery lata później drużyna (Ryszard Dawidowicz, Andrzej Sikorski, Leszek Stępniewski i Marian Turowski) zdobywa srebro na dochodzenie. Jeszcze tylko Lech Piasecki w 1988 roku wygrywa mistrzostwo świata w wyścigu na dochodzenie, ale słodycz tego sukcesu musiała nam wystarczyć na ponad dekadę. Świat w tym czasie pędził już po nowoczesnych, drewnianych i piekielnie szybkich, zadaszonych torach. Polscy kolarze kręcili się w kółko po zarastających trawą Nowych Dynasach.

Renesans dyscypliny

Przełom przyszedł wraz ze zbliżaniem się nowego stulecia. Zmieniło się niemal wszystko. W kolarstwie torowym zrezygnowano z kilku konkurencji, wprowadzając w ich miejsce nowe, bardziej widowiskowe i atrakcyjniej prezentujące się w relacjach telewizyjnych. Poligonem tych zmian stał się zainaugurowany przez UCI w 1993 roku Puchar Świata – cykl imprez,rozgrywanych na różnych torach, na których zawodnicy gromadzą punkty, decydujące o ostatecznej klasyfikacji. Ale największa zmiana polegała na tym, że na kolarski tor masowo wjechały kobiety.


Otwarcie granic na początku lat 90.przyczyniło się do tego, że polskim zawodnikom łatwiej było zdobywać nowe doświadczenia już nie tylko na wielkich imprezach,które wcześniej były jedyną okazją do zagranicznego wyjazdu.Zawodnicy z Polski również szansę poznania najlepszych obiektów i treningu w podobnych warunkach, którymi dysponowała światowa czołówka. Na pierwsze efekty trzeba było poczekać jeszcze kilka lat, ale gdy w 1999 roku Grzegorz Krejner i Zbigniew Wyrzykowski wywalczyli w Pucharze Świata srebrne medale (Krejner na 1 km ze startu zatrzymanego, Wyrzykowski w wyścigu punktowym), a polska drużyna zdobyła brąz w sprincie, przed polskimi torowcami ponownie otworzyła się droga do światowej czołówki, a we władzach federacji poczęła kiełkować myśl o budowie własnego welodromu.

Zanim jednak obiekt w Pruszkowie otworzył swoje podwoje, polscy kolarze gonili świat gdzie tylko mogli i na tym, czym dysponowali. W 2000 roku pierwsze polskie złoto w Pucharze Świata wywalczył Robert Karśnicki, wygrywając indywidualną konkurencję na dochodzenie. Grzegorz Krejner powtórzył swój sukces sprzed roku, ponownie zdobywając srebro na 1 km ze startu zatrzymanego. W kolejnym roku powiększył swoją medalową kolekcję o brązowy medal mistrzostw świata. W 2002 roku brąz w Pucharze Świata wywalczyła drużyna – tym razem w wyścigu na dochodzenie.

Na drugie pucharowe złoto czekaliśmy do sezonu 2005/2006 – zdobyła je drużyna w sprincie. Brąz w wyścigu ze startu zatrzymanego dołożył Tomasz Szmidt, a srebro w scratchu Rafał Ratajczyk, który kolejny sezon w Pucharze Świata zakończył trzecim w historii złotem dla Polski. Erę„przedpruszkowską” polscy torowcy zakończyli jeszcze srebrem i brązem Rafała Ratajczyka (wyścig punktowy), dwoma brązowymi medalami Kamila Kuczyńskiego (wyścig ze startu zatrzymanego) i brązem mistrzostw świata, zdobytym przez Rafała Ratajczyka w scratchu.

Pruszkowski debiut

Jesienią 2008 roku kolarze mogli w końcu wjechać na Arenę w Pruszkowie. Choć budowa toru trwała o wiele dłużej niż zakładano i pociągnęła za sobą niewyobrażalne koszty, które do dzisiaj są źródłem organizacyjnych problemów PZKol, od strony sportowej broni się znakomicie. Liczba tytułów i medali, zdobytych w ostatnich latach przez polskich reprezentantów, uczyniła kolarstwo drugą – po lekkoatletyce – najbardziej „medalodajną” dyscyplinę sportową w Polsce.

Absolutną rekordzistką pod tym względem jest Katarzyna Pawłowska: trzykrotna mistrzyni świata(dwukrotnie w scratchu i raz w wyścigu punktowym) i srebrna medalistka MŚ w sratchu. Przy jej nazwisku widnieją też medale mistrzostw Europy (złoty, srebrny i brązowy w wyścigu punktowym,trzykrotnie srebrny i raz brązowy w drużynowym wyścigu na dochodzenie, brązowy w omnium) oraz dwa złota w Pucharze Świata(wyścig na dochodzenie i wyścig punktowy).

Ale grono medalistek imprez o randze mistrzowskiej jest znacznie szersze: po kilka medali zarówno w konkurencjach indywidualnych, jak i drużynowych wywalczyły m.in.Małgorzata Wojtyra, Justyna Kaczkowska, Eugenia Bujak (dziś reprezentująca barwy Słowenii), Edyta Jasińska i Daria Pikulik.

Osiągnięcia mężczyzn są również imponujące. Polskie kolarstwo torowe wzbogaciło się w ostatnich latach o dwa złote medale mistrzostw świata (Adriana Teklińskiego w scratchu i Szymona Sajnoka w omnium). Dwukrotnym złotym medalistą mistrzostw Europy jest Wojciech Pszczolarski, specjalizujący się w wyścigu punktowym. W tej konkurencji zdobył też brązowy medal mistrzostw świata i srebro w Pucharze Świata, a w parze z Danielem Staniszewskim stanął na najniższym stopniu podium mistrzostw Europy w madisonie. Znakomitymi wynikami indywidualnymi mogą się też pochwalić: Rafał Ratajczyk, Damian Zieliński, Łukasz Bujko,Krzysztof Maksel i Szymon Krawczyk.

Męska drużyna w wyścigu na dochodzenie na podium mistrzostw Europy stawała aż czterokrotnie,raz zdobywając złoto (w składzie: Maciej Bielecki, Kamil Kuczyński i Mateusz Rudyk), dwukrotnie srebro (Maciej Bielecki, Kamil Kuczyński, Damian Zieliński oraz Grzegorz Drejgier, Rafał Sarnecki i Krzysztof Maksel), a raz brąz (Bielecki, Kuczyński, Zieliński).


Od chwili, w której przed mistrzostwami Europy w 2009 roku oddano do użytku pruszkowską Arenę, polscy kolarze torowi zdobyli osiem medali mistrzostw świata(w tym pięć złotych) i aż dwadzieścia osiem razy stawali na podium mistrzostw Europy. Siedmiokrotnie na najwyższym stopniu.

Mistrzowskie nadzieje

Po wielu latach bez sukcesów, w ciągu ostatniej dekady polscy kolarze torowi przebojem wdarli się do światowej czołówki. Są szanse, że podczas zbliżających się Mistrzostw Świata w kolarstwie torowym, które ponownie będą rozgrywane na torze Arena Pruszków (poprzednio tor gościł tę imprezę w 2009 roku), medalowy dorobek naszych reprezentantów jeszcze się powiększy. Sprzyja temu zarówno dobra infrastruktura, jak i dający się zaobserwować w ostatnich latach wzrost zainteresowania kolarstwem torowym. Organizowane od jakiegoś czasu torowe maratony (tzw. „sześciodniówki”) oraz goszczący w ciągu roku na kilku obiektach cykl Pucharu Świata, zagościły na stałe w świadomości kibiców, chętnie wypełniających trybuny kolarskich aren.

Ten wzrost zainteresowania jest w pełni zasłużony. Dyscyplina, po udanych eksperymentach z wprowadzeniem nowych konkurencji, zrobiła się niezwykle widowiskowa i angażuje coraz większe rzesze kibiców. A oni, już pod koniec lutego, będą mieli okazję ponownie wypełnić po brzegi pruszkowską Arenę i dopingować biało-czerwonych.